środa, 10 lutego 2016

9.

Can you see me below the clouds?
Cause I really feel like I could use you now
Watching over from up above
I can feel you in my heart and in my blood


Soczi, luty 2014

Wiedział, że jest źle. Nic mu nie wychodziło, a jeśli już tak, to natychmiast siły wyższe, sprawiały, że było gorzej. Poprzez siły wyższe miał na myśli dyskwalifikację, która sprawiła, że po konkursie na dużej skoczni, gdzie zajmował piąte miejsce po pierwszej serii, został kompletnie pozbawiony wszelkich nadziei na to, że zostanie wybrany do drużynówki.

A jednak.

Alex zapewniał go, że podejmuje dobrą decyzję, chociaż ten chciał, by na jego miejsce wszedł Phillip.

- Johann, naprawdę, to jest twój czas. Nie wszystko zawsze idzie po twojej myśli, ale dzisiaj było naprawdę dobrze. To jest twoja skocznia – Stöckl położył rękę na jego ramieniu, uśmiechając się i starając przekonać do swojej decyzji.

Skoczek kiwnął jedynie głową, wiedząc, że nie ma sensu kłócić się z trenerem i pożegnał się z nim, udając się do swojego pokoju.

- To co, jutro na podium? – Anders zapytał, leżąc na swoim łóżku. Był naprawdę szczęśliwy, chociaż dzisiaj nie zakwalifikował się do drugiej serii. Johann naprawdę mu zazdrościł.

- Z tobą w składzie? Raczej nie – zaśmiał się Forfang i podszedł do niego, siadając obok.

Wiedział, że ma w nim przyjaciela. Miał z resztą od początku, ponieważ zawsze był przy nim. Kiedy chciał wyznać swoje uczucia Celinie, zadzwonił do Fannemela. Kiedy Celina złamała mu serce, udał się do Fannemela, wcześniej kupując odpowiednią ilość alkoholu, żeby zapomnieć o wszystkim. Wciąż udaje, że nie pamięta momentu, kiedy przytulał kolegę, nazywając go imieniem dziewczyny. Anders wciąż udaje, że nic takiego się nie stało.

- Mnie przynajmniej dzisiaj nie zdyskwalifikowali!

- Więc pewnie jutro to zrobią, nie oszukujmy się, będzie o centymetr za dużo w kolanie, bądź w kroku – powiedział Forfang, po czym został uderzony w głowę.

- I teraz mam ładniejsze włosy od twoich – dumnie odrzekł Anders, na co Forfang prychnął i wstał z łóżka.

Mruknął pod nosem, że idzie do łazienki, zabierając spod kołdry ciuchy do spania i udał się do małego pomieszczenia.

Spojrzał na siebie w lustrze, lecz nie widział już młodego chłopaka, który podbijał serca i skocznie, tak jak to było wcześniej. Czuł się, jakby ktoś go wypluł. Nie czerpał żadnej radości ze skakania, a nawet przebywanie wokół kolegów z pracy sprawiało mu ból, ponieważ każdy był jakoś połączony z Celiną. Nieważne, czy spotkali się raz, tak jak Jacobsen, czy byli przyjaciółmi, tak jak Fannemel. Z każdą sytuacją było powiązane jakieś wspomnienie, jeszcze dobre, co tylko bardziej przytłaczało Johanna.

Odwrócił wzrok od swojego odbicia i powoli ściągnął dresy, które w niektórych miejscach były delikatnie mokre od śniegu, którym rzucił w niego Phillip. Miał za zadanie go rozweselić, co się udało, gdyż potem rozpętała się wielka bitwa na śnieżki, z której na szczęście udało mu się, razem z trenerem, uciec niepostrzeżenie.

Wszyscy byli przekonani, że mały spadek jego formy jest tylko spowodowany nagłym zainteresowaniem jego osoby, że nie wszedł dobrze w sezon. Po udanych zawodach letnich wszyscy na niego stawiali, jednak wszystko się obróciło, gdy…

Nie chciał płakać.

Wiedział, że Celina na niego zasługuje, a jednak każdego dnia liczył na wiadomość, w której przeprasza, mówi, że kocha tylko jego, a to wszystko to cholerny żart, który nie jest tak śmieszny, jaki mogłoby się wydawać, że będzie, kiedy go wymyślali.

Jednak zdawał sobie sprawę, że tak nie będzie, więc nie pozostało mu nic innego jak wejść pod prysznic, zmyć z siebie problemy i mieć nadzieję, że jutrzejszy dzień przyniesie podium na Igrzyskach Olimpijskich w konkursie drużynowym.



*



Byli na trzecim miejscu pomimo słabych skoków Johanna. Wciąż lepszych, niż niektórych z innych kadr, jednak… Nie potrafił odpalić.

Kiedy w przerwie między seriami widział wzrok trenera na sobie, nie mógł powstrzymać napływających myśli: na twoim miejscu powinien być Phillip. To on zasługuje na to, żeby skakać w drużynówce. Zabrałeś mu możliwość pokazania się z jak najlepszej strony.

- Chłopacy, dobrze idzie! – krzyknął uśmiechnięty skoczek, który właśnie wszedł do szatni, a któremu Johann nie potrafił spojrzeć w oczy. – Jeśli uda się nam… Wam zdobyć to trzecie miejsce… Będę was kochał jeszcze bardziej! Każdego z osobna!

Phillip był w niesamowicie dobrym humorze, więc na odchodne jeszcze wszystkich przytulił, życząc powodzenia i wierząc.

A tej wiary brakowało Forfangowi. I oddałby wszystko, żeby ją odzyskać.



*



Nikt nie wiedział dlaczego, ale kazali mu skakać jako ostatniemu. I bał się niesamowicie. Wszystko zależało od niego. I chociaż Fannemel, Bardal i Velta zrobili wszystko co w ich mocy i starali się ułatwić mu zadanie, obawiał się, że to zepsuje.

Gdy usłyszał, jak jego nazwisko jest mówione przez spikera, poczuł, jak serce mocno mu wali. Powoli odepchnął się z belki, na sekundę przymykając oczy na najeździe.

Nie możesz zawsze wygrywać. Uświadamiasz to sobie po każdym spóźnionym skoku, złym odbiciu z progu, nieudanym telemarku. Po nie dostaniu się do najlepszej trzydziestki, która wciąż będzie walczyć o poprawienie swojej sytuacji. Gdy jesteś na skoczni nie zastanawiasz się, dlaczego akurat tak się dzieje, prawda? Dopiero w domku, autokarze, hotelu, własnym mieszkaniu zdajesz sobie sprawę, że coś nie wyszło. I mimo, że na początku wydaje Ci się, że to tylko twoja wina – tak nie jest. A konkurs drużynowy rządzi się swoimi prawami. Walczy aż czterech skoczków. Nigdy nie wiesz, czy jeśli Ty byś skoczył najlepiej, to czy nikt inny by nie zawalił. A nawet jeśli? Zdarza się, ale ze swoim problemem nigdy nie zostaniesz sam. Do tego zawsze są trenerzy i osoby, których nie widać, a które pomagają więcej, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć.

Masz rodzinę, która zawsze jest przy Tobie.

Podjeżdżasz do barierki i wyłapujesz ich wzrokiem; stoją ze zdenerwowanym wyrazem twarzy, przestraszeni, gdy obserwują liczby pojawiające się na tablicy. Zdecydowanie za mało metrów, a punkty dodane za wiatr i tak nic nie zmienią. Spoglądasz w prawo. Widzisz szczęśliwych Austriaków, którym ustąpiłeś trzeciego miejsca na podium. Czujesz się jak w filmie, gdy Ci podchodzą do Ciebie i gratulują. Ale czego? Czwartego miejsca?

A więc tak wygląda koniec?

Patrząc w lewo widzisz swoich kolegów z drużyny, którzy posyłają Ci smutne uśmiechy i kciuki w górę. Czwarte miejsce jest wciąż dobre. Jednak trzecie… Wzrok automatycznie Ci ucieka. Czujesz, jakby ktoś pozbawił Cię cennej rzeczy, gdy w rzeczywistości, to Ty to zrobiłeś. Nie liczy się słaby skok Bardala w drugiej serii. Wszyscy pokładali nadzieję w Tobie. To Ty miałeś dumnie nosić na piersi chociażby brązowy medal Igrzysk Olimpijskich.

Oni niczym się nie przejmują. Tańczą razem z Niemcami i Polakami, ciesząc się z podium.

Johann nie wiedział, ile czasu spędził na ławce poza skocznią. Kask wciąż trzymał w dłoni. Na obiekcie stawało się coraz ciszej i ciszej za sprawą wychodzących kibiców. Próbował się schować przed spojrzeniami kolegów.

- Słabo trochę, co?

Usłyszał znajomy głos i przechylił głowę na bok. Rune usiadł obok niego i przetarł oczy, które chcąc nie chcąc stały się trochę mokre. Zamruczał w odpowiedzi krótkie „no” i ponownie powrócił do swoich myśli. Nie miał siły obserwować, jak drużyny opuszczały domki, żartując ze sobą. W jego głowie pojawiały się ciągle pytania. Dlaczego? Jak?  Nawet gdyby chciał, nie potrafiłby na nie teraz odpowiedzieć. Ani w następnych kilku godzinach.

- Nie obwiniaj się – blondyn nie ustępował i położył dłoń na jego ramieniu, jednak to wcale nie pomagało. Wręcz przeciwnie. Johann czuł się coraz gorzej, gdyż miał wrażenie, że słowa Velty są wypomnieniem mu jego błędów. – Wiem, że łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale to mogło stać się każdemu.

- Nie – warknął, zrzucając jego rękę. Wstał, nie zważając na resztę Norwegów, którzy zaczęli patrzeć na nich z zaciekawieniem. – Jak mam się nie obwiniać? Przeze mnie zajęliśmy czwarte miejsce.

W głębi serca wiedział, że to nie jest prawda. Że drużyna wygrywa, a co najważniejsze, przegrywa razem. Jednak tego wieczoru czuł inaczej.

- Forfi, wyluzuj… - wtrącił się nieśmiało Anders Bardal. – Zrozum… Wszystkim nam jest przykro, ale to naprawdę nie Twoja wina. Gdybyśmy wszyscy skoczyli równe skoki, inaczej by się to wszystko potoczyło. Jesteśmy drużyną. Przejdziemy przez to razem. A teraz wstawaj… Autokar już czeka. Porozmawiamy o tym rano, wszyscy razem.

Forfang nie wiedział, co powiedzieć, więc jedynie wydychając głośno powietrze pokiwał głową i wstał. Kask, który miał mu przynieść szczęście dalej trzymał w dłoni, mocno go ściskając.

Przegrali.

A on przegrał podwójnie. Zdał sobie z tego sprawę, gdy przy pojeździe zauważył stojącego Phillipa, który pomimo tego, że dzisiaj nie skakał, wciąż przyjechał wspierać swoich przyjaciół a obok niego Fannemela, który rozmawiał przez telefon ustawiony na tryb głośnomówiący. Johann już z daleka mógł usłyszeć głos jego Celiny, która powtarzała „jestem z Ciebie dumna”.

Nie zatrzymując się ani na chwilę wsiadł do autokaru, zajmując miejsce z przodu. Nikt tam nigdy nie siadał, a chciał być sam chociaż przez chwilę.

Niestety, Anders nie popierał jego wyborów i gdy tylko skończył rozmawiać, usiadł obok młodszego przyjaciela.

- Wiem, że nie chcesz rozmawiać, ale i tak nie odejdę. Nie zostawię cię – odparł na widok naburmuszonej twarzy Johanna, po czym wzruszył ramionami i wyciągnął telefon. Johann starał się nie zaglądać, jednak ciekawość była silniejsza. Udało mu się dostrzec – postaram się, jednak nie miał pojęcia, do kogo było to skierowane.

Oparł głowę o okno, myśląc, że Fannemel będzie chciał nawiązać jakąś konwersację.


To były jednak jedyne słowa, które wypowiedział. A Johann nigdy nie był bardziej wdzięczny za obecność drugiego człowieka obok siebie.


---

Nie wiem co mówi się w tym momencie. Witajcie z powrotem? Nie wiem, czy to witajcie jest odpowiednie, patrząc na fakt, że został rozdział i epilog. Ale cieszę się, że udało mi się wreszcie coś napisać, nawet jeśli jest to tylko przedłużenie prologu (musiałam kiedyś w końcu to wyjaśnić, nie?) a tym samym otworzyłam sobie drogę do rozdziału dziesiątego. Więc, ten. Tęskniłam!